Nie ma chyba na świecie kobiety, która w stu procentach byłaby z siebie i swojego ciała zadowolona. Myślę, że gdyby postawić kilka pań koło siebie, licytacjom, która wygląda gorzej, nie byłoby końca. My możemy na serio tak bez końca. A to tyłek za duży, a to piersi już nie takie krągłe, a to powieki opadają. Ja jednak postanowiłam nie patrzeć na siebie tak krytycznym okiem. Nie chcę się niepotrzebnie dołować. Owszem, staram się poprawić figurę ćwicząc i zdrowo się odżywiając, ale nie chcę popadać w dołki z powodu rozmiaru 42. Wolę skupić się na podkreślaniu swoich atutów. 

Jak modelka? 

Nigdy nie należałam do osób szczupłych. Zawsze miałam problem z utrzymaniem zgrabnej sylwetki. Niestety nie należę do tych szczęśliwych kobiet, które mogą pozwolić sobie na wszystko, nie tracąc atrakcyjnego wyglądu. Pracując w restauracji serwującej jedzenie typu fast food i widząc prawie codziennie te same zgrabne dziewczyny, przychodzące na „małe” co nieco, aż wytrzeszczam oczy, jakim cudem mają takie ciała, jakie mają, jedząc każdego dnia burgery i lody. Jakże fajnie byłoby móc jeść chipsy i nie mieć wyrzutów sumienia!

Przecież we mnie też jest seks!

Niewiele mogę zrobić z tym, że natura woli mnie w wersji odrobinę większej niż ta, przyjęta za obecny kanon piękna. Owszem, mogę ćwiczyć na siłowni jak szalona każdego dnia. Mogłabym odstawić wszystkie posiłki, które tuczą (choć nie wiem jak można żyć nawet bez odrobiny czekolady), mogłabym pić samą wodę. Ale doszłam w swoim życiu do takiego momentu, że nie wiem czy chcę tak radykalnie odbierać sobie wszystko co lubię. Nie chcę zawsze mówić zapraszającym mnie na lody koleżankom, że z wielką chęcią wyszłabym z nimi, ale jestem na diecie, więc jeść i tak nie będę. Nie chcę chodzić na randki z mężem i w restauracji zamawiać jedynie sałatkę z grillowanym kurczakiem. Nie chcę być niewolnicą jedzenia. A będąc na radykalnej diecie, tak właśnie się czuję. Jedzenie jest jedną z lepszych przyjemności w życiu, które chcę nauczyć się tak sobie dozować, by nie mieć potem wyrzutów sumienia.

I tak dziś siedząc i myśląc nad sobą i swoim fit życiem i moim „Projektem FITmama„, postanowiłam cofnąć się do samych początków. Do miejsca, w którym powinna znaleźć się każda przygoda z byciem fit – wypisałam

RZECZY, KTÓRE LUBIĘ W SOBIE NAJBARDZIEJ:

1. OCZY – odpowiednio podkreślone, ładnym makijażem są zdecydowanie najładniejszą częścią mnie. Do tego lubię ich szary odcień, bo jest tym rzadziej spotykanym.

2. WŁOSY – od zawsze chciałam mieć długie i proste włosy, ale niestety życie bywa na tyle przewrotne i złośliwe, że o prostym kucyku mogę zapomnieć. Witajcie fale, falunie, falusie. Ale wiecie co, ani trochę mi to nie przeszkadza – o ile w domu mam sprawną prostownicę.

3. PIERSI – może nie są już takie jędrne, jak były przed jedną i drugą ciążą, może mogłyby być odrobinę bardziej podniesione, ale mimo to, ubrane w ładny stanik, wyglądają kusząco. Nawet ich rozmiar jest moim zdaniem idealny. No i nie mają żadnych rozstępów, więc nie muszę obawiać się mocniejszych dekoltów.

Mój M. to z pewnością powiedziałby, że jest tego ładnego we mnie o wiele więcej, ale ja jakoś mu nie wierzę. Jako mój mąż jest przecież absolutnie nieobiektywny. On jakby MUSI twierdzić, że jest ok, bo jakoś musi przeżyć ze mną to nasze życie. Niemniej jednak, miło jest czasem usłyszeć tekst typu: „mmm, masz ładne stopy”, czy „uwielbiam twój tyłek”. Samoocena rośnie niesamowicie, prawda?

Drogie Panie, przestańmy się załamywać swoim wyglądem.
Na początek poszukajmy plusów! Resztę da się zrobić!

Zapamiętajcie:

Nie ma sytuacji bez wyjścia – trzeba je tylko umieć znaleźć!