Macie czasem tak, iż czujecie, że uciekła z Was cała energia i nic, ale to nic na świecie nie jest w stanie jej Wam przywrócić? Ja przyznaję, że mam ostatnio bardzo dużo takich dni, dlatego muszę się jakoś ratować pozytywnymi sentencjami. Lubię wejść sobie na Pinterest i poczytać te wszystkie optymistyczne myśli – choćby i nawet najbardziej banalne – i po jakimś czasie rzeczywiście taka mini depresja mi przechodzi. Stwierdziłam, że po co mam za każdym razem odpalać komputer, jak mogę te wszystkie złote myśli wydrukować sobie w formie plakatów, oprawić w ramki i przywiesić w pokoju.

Byłam szarą myszką…

Może będzie ciężko Wam w to uwierzyć, ale należę do osób, które są nieśmiałe, nietowarzyskie i najlepiej czują się w swoim towarzystwie, w swoim mieszkaniu. Moja przygoda z „wychodzeniem do ludzi” zaczęła się, kiedy zaczęłam pracę, czyli krótko po skończeniu osiemnastu lat. Zostałam brutalnie zmuszona, by zacząć odzywać się do obcych i robić to, co mi każą. Nie było to łatwe. Zawsze byłam tą dziewczyną, która na szkolnych dyskotekach stała podparta pod ścianą i czekała na pierwszy ruch najprzystojniejszego chłopaka w szkole, który z całą pewnością nawet nie wiedział nawet o moim istnieniu. Nie lubiłam się wyróżniać. Byłam cicha i spokojna. Lubiłam swoje towarzystwo, a kiedy już poznawałam jakieś koleżanki, były one przeważnie takie, jak ja. Dopiero z czasem nauczyłam się otwierać na ludzi i pozwoliłam odrobinie szaleństwa zawładnąć moim życiem.

Zmieniłam się. Chyba na lepsze.

Nie jest tak, że nagle przeczytałam te kilka fajnych tesktów, napisanych ładnym pismem, czy wydrukowanych gdzieś na plakatach i nagle doznałam olśnienia, no nie! Musiało minąć sporo czasu, zanim doszło do mnie, że warto zacząć się odzywać. Przemyślałam sobie wszystkie za i przeciw i dało to fajne efekty, w postaci wspaniałych przyjaciół.

Przez te dziesięć lat, kiedy przyszło mi obcować z ludźmi, zmieniłam się nie do poznania. Przestałam chować się w mieszkaniu, wręcz jestem osobą, która pragnie jak najczęściej przebywać wśród znajomych. Są moją energią. Czasem jednak przychodzą dni, kiedy czuję się niepewnie i wydaje mi się, że życie jest tylko i wyłącznie szare. Muszę wtedy poszukać czegoś, co poprawi mi humor i pokaże, że nawet szarości są fajne i jest powód, dla którego istnieją. Internet jest największą skarbnicą inspiracji, jaką kiedykolwiek ktoś wymyślił. Chwała mu za to! W takie złe dni, odpalam Pinterest i wyszukuję swoje złote sentencje. Na mnie czytanie ich działa bardzo pozytywnie. Do tego włączam sobie głośno ulubione kawałki na You Tube i tańczę, niczym Meredith Grey w Chirurgach, wytrząsając z siebie złą energię. Próbowaliście kiedyś? Jak nie, to polecam. Pięć minut wystarcza, by zapomnieć o zmartwieniach i inaczej na nie spojrzeć.

Złote myśli na papierze.

A w życiu chodzi o to, by sobie wszystko ułatwiać, dlatego postanowiłam zebrać kilka moich ulubionych powiedzonek, i stworzyłam z nich plakaty. Wydrukowane, oprawione w ładne ramki, będą nie tylko świetną ozdobą (spójrzcie, jak one w ogóle są napisane – sam font/pismo jest absolutnie cudowne!) ale i zbiorem sentencji, które czytane codziennie, w końcu wbiją się nam tak w pamięć, że staną się naszą ścieżką przewodnią. I nie będzie już mowy o szarych dniach!

Plakaty dostosowane są do druku w formacie A4.
POBIERZ:  1 / 2 / 3 (pionowo / poziomo) / 4 / 5 / 6 / 7

_____________________________________________________________________________________________________

A Wy jak sobie poprawiacie humor? Bo mój sposób już znacie ;)

  • Dobrze mieć przed oczami hasła, które nas inspirują. To od rana nastraja do działania i pozytywnego myślenia.

  • Katarzyna Wójcik Respendowicz

    Motto dnia ”no rain no flowers”;( ale niech już przestanie padać:)

  • Blondynki Kreatywnie

    Szkoda że nie po polsku ale ekstra

    • Mam słabość, do angielskiego, stąd większość plakatów u mnie w tym języku.

    • Osobiście wszystkie tego typu plakaty preferuję w języku angielskim, w którym jestem zakochana. Po prostu jakoś lepiej mi brzmią ;)